| Share |
Wiedział od początku, że przejęcie zespołu w mieście, gdzie mają nieskrywane piłkarskie ambicje zwłaszcza po latach posuchy jest dla niego szansą i wyzwaniem na poważne zaistnienie w trenerskim światku. Porażka, zepchnie go po kilku latach pracy w zawodzie niemal na początku kariery, do ofert peryferyjnych na poziomie najwyżej III - IV ligi. Awans z Chrobrym dostał niemal na patelni, tak sądzili wszyscy w mieście i klubie dając mu do prowadzenia zespół lidera. Nie miał innego wyjścia. Co potrafi, naprawdę miała pokazać II liga. Już dziś, choć nie jest człowiekiem, który zadziera głowę i ma "parcie na szkło", jest wygrany. Prowadzony przez niego beniaminek Chrobry Głogów, bez radykalnych wzmocnień, przy przeciętnym budżecie, jest rewelacją rozgrywek. Takich trenerów kibice cenią najbardziej. Zespół ma tyle punktów, że może wiosną walczyć o pierwszą ligę. Z trenerem Ireneuszem Mamrotem rozmawia Dariusz Przybylski.
- Rozmawiamy po oficjalnym zakończeniu pierwszej rundy. Do przerwy zimowej jeszcze trzy mecze (w kolejnym Chrobry zremisował w Legnicy z Miedzią 1:1 przyp. red), miejsce i punkty zespołu nie zaskoczyły Pana?
- I tak i nie. Przed sezonem wszyscy wzięlibyśmy ten dorobek w ciemno. Teraz natomiast jesteśmy w sytuacji kiedy możemy dokonać analizy mając do rozpatrzenia każdy kolejny mecz i przyjrzeć się gdzie i dlaczego zdobyliśmy te punkty. Teraz wiem, że nikt ich nam nie podarował, że nie było szczęśliwych zwycięstw, a suma złożyła się na taką wysoką pozycję, więc z tego punktu widzenia nie, ale to nie jest zarozumiałość tylko odpowiedź na pytanie.
- Zatem rozszerzę je nieco. Czy z tymi zasobami kadrowymi - mówiło się, że część zawodników uzupełniała ubytki, że wzmocnienia to dopiero Samiec, Soboń i Grzybowski, dwaj ostatni pozyskani rzutem na taśmę - z tą wiedzą o lidze, to miejsce było do przewidzenia?
- Pewnie, że takie lokaty wydawały się czymś odległym. Na szczęście cały czas piłka nożna jest sportem. Nasza pozycja tak naprawdę wyszła w końcówce. Nie zajęliśmy po dwóch, trzech kolejkach miejsca w pierwszej piątce i cały czas tam pozostajemy. Od strony sportowej wiedzieliśmy, że zespoły są bardzo wyrównane. Tu mój pogląd się nie zmienia. Proszę zobaczyć, jak tabela falowała. Poza Nielbą i Zagłębiem, które dość szybko znalazły się na dole nikt nie był pewny niczego. Przykładowo straciliśmy punkty z Row-em Rybnik, którego się obawiałem, a był wtedy ostatni w tabeli. Dziś też jest nisko, ale wyraźnie idzie w górę. Czarni Żagań po przyjściu Ryszarda Szukiełowicza przegrali tylko z nami, a teraz zdobywają punkty lepiej niż zespoły z czołówki. Proszę zobaczyć ilu było liderów? Tylko raz, lider, wtedy Miedź Legnica miał aż cztery punkty przewagi i z niej nic nie zostało. Tychy do połowy rundy były na szóstym miejscu teraz prowadzą.
- To co w tej sytuacji decyduje o tak wysokiej pozycji Chrobrego?
- Myślę, że przede wszystkim to, że chyba jako jedyny zespół nie mieliśmy do tej pory żadnego dłuższego kryzysu. Zdarzyła się poważna wpadka z Kluczborkiem. Z punktu widzenia rundy "słabszy" był początek, kiedy jako jeszcze nie zgrany po zmianach beniaminek musieliśmy grać z faworytami ligi. Zdołaliśmy wywalczyć remisy, przegraliśmy w Jarocinie. To był nasz moment wchodzenia w ligę. Obawiałem się tej niebywale długiej rundy z dwudziestoma meczami ligowymi. Do tego doszły trzy ciężkie pucharowe mecze z Czarnymi, Miedzią i Lechem. Wychodzi na to, że zespół udało się przygotować optymalnie pod względem fizycznym i wolicjonalnym. Jeszcze w trzeciej lidze wyrzucałem sobie, że nie potrafiliśmy ważnych spotkań skończyć w końcówce. Tutaj już się to zmieniło. Zespół walczy cały czas, a cztery z wygranych meczy rozstrzygnęliśmy w końcówce. Z Nielbą, Czarnymi, Elaną i w Bytowie.
- To nie zmienia faktu, że osiągnął Pan ten wynik z zespołem słabszym kadrowo od innych w czołówce.
- Tak to wyglądało na papierze przed ligą i pewnie teraz jeszcze jest tak, że indywidualnie wielu naszych graczy odstaje od tych skupionych w innych zespołach. Dlatego też zawsze unikami cenzurek indywidualnych i powtarzam chłopakom, że jesteśmy silni tylko jako zespół. Przekonali się do tego, walczą od pierwszej do ostatniej minuty i widzą tego efekty. Nie mogę powiedzieć, że nie zostawili zdrowia na boisku.
- Bez postępu grze poszczególnych zawodników jednak by się to nie udało.
- Oczywiście. Awans do wyższej ligi, gra z lepszymi zespołami generalnie wpłynęły na postęp indywidualny. Większość zrozumiała, że bez pracy nad sobą nie mamy czego w niej szukać i te pierwsze mecze nam to pokazały. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu postępu jaki dokonał się w grze Mateusza Hałambca i Michała Bukraby, tu progres jest największy, ale postęp dotyczy całego zespołu.
- Kiedy zorientował się Pan, że zespół gra to, czego chce od niego trener?
- Generalnie ma się przekonanie, że tak jest cały czas po wygranych meczach (śmiech). Mi się jednak wydaje, że w Tychach, naszym najlepszym meczu, mimo, że przegranym, w którym zdominowaliśmy rywala z czołówki na jego boisku (gdyby Chrobry wygrał, były obecnie liderem - przyp. red).
- W moim przekonaniu zaczęło się to już w Toruniu. Tam szybko z boiska zszedł lider Maciek Soboń, z tyłu Krzysiek Suchecki. Szczególnie nam wszystkim wydawało się, że bez Sobonia i Grzybowskiego to dobrze nie będzie, a mimo to zespół regularnie punktował.
- Możliwe, że to jest tak jak Pan mówi . Wracam do tego, że chłopcy zauważyli, że to nad czym pracujemy ma sens, bo są punkty. Jestem trenerem, który mocno zwraca uwagę na rozpracowanie słabszych punktów rywala, szczególnie wtedy kiedy nie jesteśmy jeszcze zespołem, który zawsze narzuca swój styl gry. Tego na tym poziomie dopiero się dopracowujemy. Dlatego kiedy na przykład trenujemy takie a nie inne zagrania, tą a nie inną stroną bo w mojej ocenie to jest słabszy punkt przeciwnika i to wypala, to trudno aby nie rosło wzajemne zaufanie.
- Trzydzieści dwa punkty w siedemnastu meczach (już 33 i trzecia pozycja w tabeli -przyp. red.) zamykają ostatecznie kwestię walki o utrzymanie...
- (Śmiech) Wiem do czego pan zmierza. Też potrafię liczyć. O tym o co będziemy grać wiosną zdecyduje pełny bilans po jesieni. Nie wyobrażam sobie uprawiania sportu bez stawiania sobie celów. One mogą być różne. My jesteśmy tak wysoko, że trzeba będzie spróbować. Inna sprawa, że okres przygotowań może być wykorzystany w innych klubach na niebywałe wzmocnienia bo ktoś dostrzeże swoją szansę, znajdzie się strategiczny sponsor, który zechce awansu itd. Natomiast gdyby patrzeć na to w tej chwili, to na pewno podejmiemy walkę bo po to przecież uprawiamy ten sport, choć może nie zawsze cieszy to skarbnika klubu (śmiech)
- Nie ukrywa Pan tego, że jest wielkim fanem Barcelony. Los sprawił, że jako trener siedział Pan ramię w ramię z jedną legend tego klubu Jose Mario Bakero, triumfatorem Ligi Mistrzów. To jakaś nagroda od losu?
- Przede wszystkim ostateczny argument za tym, że dobrze wybrałem w życiu stawiając na sport, a po drodze mogą się zdarzyć takie właśnie "prezenty" od losu, jak prowadzenie zespołu przeciwko komuś takiemu jak Bakero. Piłkarzowi, który z marnymi warunkami fizycznymi osiągnął w futbolu praktycznie wszystko wchodząc na sam szczyt.(na zdjęciu Ireneusz Mamrot i Jose Maria Bakero na konferencji prasowej po meczu Chrobry - Lech)
- Dziękuję za rozmowę. Na zakończenie zapytam czego można życzyć trenerowi w takiej sytuacji?
- Żeby jego kadrę omijały kontuzję oraz stabilności w klubie, w którym pracuję. Tego zawsze chcemy wszyscy bez względu gdzie jesteśmy. Chrobry i Głogów zasługują na dobrą piłkę, postaramy się zrobić wszystko co jest możliwe.
| Share |
